Zaczęło się od marzeń

Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam o tym, żeby mieć psa. Razem z moją siostrą kolekcjonowałyśmy porcelanowe figurki przedstawiające różne rasy psów i oglądałyśmy kolorowe albumy. Na tym jednak się kończyło, bo nasi rodzice nie chcieli nam kupić nawet chomika.

Aż do czasu, kiedy na naszej drodze stanął Maks. Maks był seterem irlandzkim, którego zły człowiek trzymał przy budzie na krótkim łańcuchu. Zamiast rudej sierści do ziemi, którą znałyśmy z naszych książek z obrazkami, miał ślady po pasku i kołtuny. Cuchnął niemiłosiernie i jadł na zapas nie wierząc, że mama już dla niego nagotowała całą lodówkę jedzenia. Maks dożył u nas szczęśliwie późnej starości każdego dnia udowadniając nam, jak bardzo nas wszystkich kocha. Przede wszystkim jednak pokazał nam, co to znaczy mieć w rodzinie setera i sprawił, że dla mnie słowo seter stało się synonimem słowa pies.

Wiedziałam, że jak tylko dorosnę, w moim domu zamieszka seter.

Proces dorastania wydłużył się nieco w czasie, ale latem 2010 roku zapadła decyzja o tym, że czas powiększyć rodzinę. W wrześniu ruszyliśmy w drogę do Lubartowa po Tiamat-naszą pierwszą czarną księżniczkę. Tiamat pokazała nam, co to znaczy wychowywać małego setera. Zaczęliśmy odkrywać świat wystaw, zaliczyliśmy próby polowe. Aż w końcu doszliśmy do wniosku, że jeden seter to za mało i zaczęliśmy szukać drugiej dziewczyny. Znalazłam wymarzone skojarzenie i wymarzoną hodowlę. Mimo że nie mieliśmy jeszcze nawet zarejestrowanego przydomka hodowlanego, na ringach światowych nie istnieliśmy, Alexandra obdarzając nas niesamowitym zaufaniem zdecydowała, że zostaniemy nowym domem dla jednej z dziewczynek. I tak w październiku 2011 z nieco drżącym sercem pojechaliśmy do Berlina po Ronję, która przyleciała do nas aż z St Petersburga. Miesiąc później zarejestrowaliśmy nasz przydomek hodowlany Revolution Breeze. Nazwa ta oddaje w pełni nie tylko charakter gordona, ale także nasz stosunek do hodowli psów rasowych w Polsce. A później przyjechała Greta sprawiając, że nasze stado stało się kompletne, a życie jeszcze bardziej psie i szalone.

Nasza hodowla nie jest i nigdy nie będzie duża.
Nasze psy są naszymi przyjaciółmi, a nie źródłem dochodu.

A przyjaciół można mieć tylko tylu, aby każdemu z nich moc poświęcić tyle czasu, na ile zasługuje. Nasze psy zasługują na to, co najlepsze. Z tego samego powodu przyjęliśmy zasadę, że żadna suka nigdy nie będzie u nas rodzić więcej niż trzy razy w życiu i nigdy nie będzie mieć szczeniąt rok po roku. Oboje jesteśmy z wykształcenia i zawodu zoologami. Znamy się więc na fizjologii zwierząt, na podstawach dziedziczenia i zdajemy sobie sprawę, że aby hodować trzeba być wobec genetyki pokornym. Hodowlę psów można uważać za sztukę, ale nie należy zapominać o tym, że jest to też nauka. I my tego właśnie zamierzamy się trzymać. Wiele wymagamy od naszych psów, ale znacznie więcej od siebie i dlatego w naszym domu mieszkają szczęśliwe setery i szczęśliwi ludzie, bo nic nie daje takiego szczęścia jak seter. Chyba że dwa setery…albo trzy. Mieliśmy olbrzymie szczęście spotkać na swojej drodze fantastycznych ludzi, którzy od początku służyli nam radą i dzielili się swoim doświadczeniem. Nasza historia jest tak naprawdę opowieścią o małej dziewczynce, która marzyła o zielonym dywanie. W 2015 roku Greta nie tylko zabrała nas na Crufts, ale także w pięknym stylu stanęła na tej ogromnej wystawie na lokacie z dumą niosąc flagę swojej hodowli.

Okazało się, że warto marzyć, bo niektóre marzenia naprawdę się spełniają, jeśli spotkasz po drodze przyjaciół, którzy okażą ci wsparcie. I wszystkim tym przyjaciołom serdecznie dziękujemy za wsparcie, za szczerość, za wybaczanie błędów, za drugą szansę, za wspólny śmiech i wspólne łzy, za to, że każda wystawa to jest impreza, za to, że nasze psy mają najlepszego handlera, najlepszego groomera, najlepszą opiekę weterynaryjną, najlepszą opiekę, gdy czasem nie możemy ich wszystkich ze sobą zabrać, a przede wszystkim najlepszą na świecie rodzinę, której możemy być częścią.